|
Parco dei Mostri w Bomarzo
centralne Włochy

W Warszawie kupisz książkę
w salonie EMPiK w Domach Centrum
książka "Zamki na starych pocztówkach" -
najlepsze oferty on line:
| www.piatek13.com.pl |
-
(33,00 pln) |
- Jeżeli chcą Państwo zwiedzać ogród
razem z dziećmi to proszę się najpierw dobrze zastanowić!
To miejsce raczej wyłącznie dla dorosłych... - Dokładnie
tak ostrzegają turystów stojący u wejścia do parku
przewodnicy.
Ale po uśmiechu na ich twarzach trudno
jednoznacznie odczytać czy mówią całkiem poważnie,
czy też tylko żartują. Włoskie małżeństwo z małą córeczką
kręci się niezdecydowane. W holu budynku z kasami
i bufetem ustawiono kilka maszyn do gry. Młody chłopak
zdobywa kolejne punkty naciskając guziki w migającym
światłami oraz grającym skoczne melodyjki automacie.
Tylko czy to jest miejsce gdzie bez obaw można na
czas spaceru po parku zostawić kilkuletnią dziewczynkę?
Już sam dojazd do parku robi dziwne
wrażenie. Najpierw zjazd "Attigliano" ze słynnej Autostrady
Słońca (A1) łączącej Florencję i Rzym. Pędzące po
wielopasmowej drodze eleganckie samochody bardzo różnią
się od tego co widać już kilkaset metrów obok. Okolica
jest biedna, zaniedbana i zwyczajnie brudna. Przy
poboczu odrapany drogowskaz z napisem "Bomarzo". Wąska
droga łagodnymi łukami pnie się pod górę. Trzeba jechać
ostrożnie. Troszkę dalej wokół trasy rosną gęste krzaki
zasłaniające widok na zakrętach. A w tej części Włoch
bardzo często spotkać można pędzące środkiem drogi
w naszym kierunku, trzykołowe, poobijane Piaggio ze
skrzynkami pełnymi winogron, oliwek lub pomidorów.
Wreszcie rozwidlenie. Droga w lewo to
wjazd do zaniedbanego miasteczka położonego na szczycie
wzniesienia. Jadąc w prawo znajdziemy się na trasie
do ogrodu strachów. Popękany asfalt kończy się kilkaset
metrów dalej. Niespodziewanie droga dość gwałtownie
opada w kierunku ukrytej w zieleni potężnych drzew
doliny. Dobrze, że nie pada, bo w gruntowym podłożu
wyżłobione są kanały, które najwyraźniej podczas deszczu
zamieniają się w rwące potoki. Jeszcze trzy minuty
wolnej jazdy i kolejne zaskoczenie.
Przed wejściem do ogrodu wielki, utwardzony
parking przygotowany do przyjęcia co najmniej kilkunastu
dużych turystycznych autobusów. Ale chociaż to środek
lata, na placu jest prawie całkiem pusto. Owiana tajemnicą
legenda Parco dei Mostri liczy sobie kilkaset lat.
I nic dziwnego. W połowie XVI wieku renesansowe ogrody
były ozdobą wielu rezydencji. Nikt jednak nie odważył
się nigdy wybudować czegoś takiego! Złośliwi mówią
nawet, że bardziej przypomina to wizję ze snu szaleńca
niż jakikolwiek znany inny ogród.
Według przekazów Parco zbudowali tureccy
więźniowie wzięci do niewoli w bitwie pod Lepanto.
Garbaty i brzydki książe Vicino Orsini postanowił
zadziwić współczesnych. A może chciał również zadrwić
ze znanych mu artystów ? Legenda głosi, że pierwszą
osobą, która odwiedziła to miejsce była żona księcia.
Przyjechała aby zobaczyć wspaniały ogród. Ale jej
przerażenie rosło z każdym krokiem. Mijała posągi
mogące służyć za dekorację do horroru albo ziemskiej
wizji piekła. Tam gdzie normalnie powinny rosnąć rzędy
pięknych kwiatów trafiała na tajemnicze grobowce.
Koszmarna twarz Orcusa zdawała się pożerać ją wzrokiem.
Kiedy wreszcie zobaczyła zbudowaną pod kątem kilkunastu
stopni, "przewracającą się" świątynię... zemdlała
i podła na ziemię. Zanim wyniesiono ją z parku już
nie żyła.
Inni twierdzą, że Orsini budował ogród,
zwany Sacro Bosco - Święty Las, już po śmierci żony,
aby w tak nietypowy sposób uczcić jej pamięć. Jednak
według najbardziej wiarygodnych źródeł całość powstała
w 1552 roku, żona księcia zmarła dwadzieścia lat później
i dopiero wtedy w ogrodzie dobudowano specjalną świątynię.
Vicino Orsini (pełne prawdziwe nazwisko to Pier Francesco
Orsini) do zaprojektowania dziwacznego ogrodu wynajął
Pirro Ligorio. Architekta bardzo w XVI wieku popularnego.
W wielu miejscach widoczne są wyraźne
wpływy dzieł Etrusków, które zniszczone można spotkać
w okolicy. Do Parco wchodzi się przez most i bramę
przywodzącą na myśl średniowieczne zamki. Zaraz za
nią, tuż przy drodze, na kamiennych postumentach stoją
dwie dziwne figury przypominające kształtem lwy z
kobiecymi głowami. Ale wzrok turystów błyskawicznie
kieruje się na coś innego. Trochę z boku, pod drzewami,
widać monstrualnej wielkości twarz dziwnego potwora.
To Proteus-Glaucus. Potwór ma otwarte usta zaś parkowa
alejka prowadzi tak, że zdaje się wchodzić prosto
pod groźnie sterczące zęby. Według legendy Proteus
to stwórca wody i ognia. Na jego głowie widać kulę
ziemską z warownym, kamiennym zamkiem.
Pięćdziesiąt metrów dalej Orsini kazał
wybudować przewrócony grobowiec. Wygląda tak jakby
powaliło go potężne trzęsienie ziemi a to co można
dostrzec na powierzchni było zaledwie małym fragmentem
całej konstrukcji. Lecz to tylko złudzenie. Obok grobowca
parkowa ścieżka prowadzi w głąb ciemnego wąwozu. Skrywa
on jedno z najbardziej kontrowersyjnych dzieł w ogrodzie.
Pomiędzy drzewami ukryta jest stojąca
kilkumetrowa, muskularna postać. Potężnymi rękami
trzyma rozłożone na boki nogi od drugiej figury ułożonej
w dość niewygodnej i nietypowej pozycji - głową w
dół. Oficjalnie to "Walka gigantów". Herculesa symbolizującego
dobro i Cacusa-diabła. Ale właśnie w tym miejscu przewodnicy
uśmiechają się tajemniczo. Większość turystów ma bowiem
jednoznaczne i zupełnie inne skojarzenia. - To nie
jest żadna walka gigantów tylko po prostu scena z
pornograficznego filmu - ocenia bez wahania włoskie
małżeństwo chyba ciesząc się, że mała córeczka została
jednak w samochodzie. Szkoda jedynie, że miejsce jest
ocienione co utrudnia zrobienie pamiątkowego zdjęcia.
Być może aby zatrzeć szokujące wrażenie
jakie wywiera "Walka gigantów" następna figura przypomina
ilustrację do fantastycznej bajki. Zaledwie po kilku
krokach wchodzimy na obszerny taras. Kiedyś można
było zejść z niego jeszcze niżej. Ale czas naruszył
i kamienne schody i sam pomnik, który nosi ślady prowizorycznych
wzmocnień. Ten pomnik to wielki żółw o rozmiarach
miejskiego autobusu oraz kobieta w powłóczystej szacie
stojącą na jego skorupie.
- O kamiennego żółwia i kobietę starało
się przez wiele lat muzeum w paryskim Luwrze. Oczywiście
bezskutecznie - wyjaśnia przewodnik. Ślady łatania
pęknięć powstałych w czasie minionych kilkuset lat
widać również w innych miejscach parku. Prawie dwupiętrowa
"Wielka waza" (zwana Centario) jest podparta z czterech
stron stalowymi wzmocnieniami. Niektóre figury straciły
już swoje ręce lub całe ramiona. "Przewracający" się
dom, który rzekomo tak zdenerwował żonę księcia Orsini
rzeczywiście zaskakuje swoją nietypową konstrukcją.
Krzywe są nie tylko ściany, okna oraz drzwi ale również
podłogi i schody wewnątrz. W budynku nie da się więc
ustawić normalnie żadnych mebli ani sprzętów. Tak
też niektórzy tłumaczą kaprys księcia.
- W tamtych czasach wizyty w ogrodach
umilano sobie sjestą przy winie i łakociach - objaśniają
Włosi. - Książe zbudował krzywy dom tak, że od strony
głównego wejścia wygląda dość "normalnie". Być może
chodziło o to aby przyjaciele Orsiniego zmęczeni wędrówką
po ogrodzie udali się na odpoczynek. A tu po wejściu
do środka czekała ich niemiła niespodzianka... Dziś
biesiada w ogrodzie jest po prostu zabroniona, choć
po krzywym budynku można poruszać się bez ograniczeń.
Nikt jednak nie myśli o jedzeniu.
Turyści doskonale wiedzą, że kawałek
dalej czekają ich największe, znane z widokówek, atrakcje
ogrodu. Więc wszyscy przyśpieszają kroku. Kiedy miniemy
"Neptuna", "Teatr", "Śpiącą nimfę" i "Ceresa" dochodzimy
do centralnej części Parco dei Mostri. Właśnie tu,
bardzo blisko siebie zbudowane są trzy najbardziej
znane figury. Pierwsza z nich to trochę większy niż
w naturze "Bojowy Słoń". Na jego grzbiecie umocowana
jest pancerna wieża z miejscem dla wojownika. Właśnie
takie słonie budziły postrach podczas dawnych rzymskich
podbojów. Jeszcze bardziej atrakcyjny wygląd ma skrzydlaty
"Smok".
Książe Orsini zażyczył sobie aby baśniowy
potwór w jego parku walczył równocześnie z trzema
dzikimi bestiami - olbrzymim psem, lwem i wilkiem.
Pies symbolizuje tutaj wiosnę, lew lato zaś wilk jesień.
Być może "Smok" miał wyglądać groźnie i odstraszać
zwiedzających. Osiągnięty efekt jest zupełnie inny.
"Smok" budzi sympatię także za sprawą skrzydeł skopiowanych
od... motyla! Prawdziwa atrakcja Parco dei Mostri
to jednak słynny "Orc". Postać znana ze zdjęć na pocztówkach.
Postać nasuwająca skojarzenia z Azją, Afryką i, o
zgrozo, z satanistycznymi obrzędami.
"Orc" to skrót od "Orcusa" - jednego
z tajemniczych władców podziemnego świata. Olbrzymia
twarz wykrzywiona w grymasie bólu (?), krzyku (?)
a może w geście mającym przestraszyć przeciwnika.
Rzeźba ustawiona jest w ciemnym, ponurym miejscu.
Spływająca z drzew na twarz "Orca" woda spowodowała,
że kamień pokrył się przez lata śliskim, zielonkawym
nalotem. Równie śliskie schody wiodą bezpośrednio
do ust maszkary. Te usta są tak duże, iż bez kłopotu
wchodzi się do środka. I zaskoczenie...
Kiedy po chwili nasz wzrok przyzwyczaja
się do panującego tu półmroku odkrywamy całkiem sporą
komnatę. Oczy "Orca" to teraz nasze okna wpuszczające
światło do wnętrza. A promienie padają idealnie na
kamienny stół-ołtarz ustawiony we wnętrzu idealnie
pośrodku. Skojarzenie z tajemniczymi, nie zawsze legalnymi,
obrzędami jest w takim momencie bardzo silne.
Na dokładne zwiedzenie całego Parco
dei Mostri trzeba poświęcić minimum kilka godzin.
Jednym z wielbicieli dzieła księcia Orsini był sam
Salvador Dali, który nawet nakręcił tu film. Bardzo
ciekawa jest najnowsza historia Sacro Bosco. Opuszczony
przez dziesiątki lat ogród chylił się ku upadkowi.
Po ostatniej wojnie wystawiono go na sprzedaż ale
długo nikt nie chciał kupić praw własności do miejsca,
z którym nie wiadomo było dokładnie co dalej zrobić.
Wreszcie w 1954 roku zrujnowany park nabył Giovanni
Bettini. Przez 30 lat, za własne pieniądze, bez pomocy
Państwa włoskiego, ratował to co jeszcze można było
odbudować i odtworzyć.
Dziś mówi się o wpisaniu Parco dei Mostri
na listę obiektów chronionych UNESCO. Ale warto pamiętać,
że niektórych szalonych pomników i figur nie udało
się już zrekonstruować. Zagadkowe szczątki leżą w
okolicach Bomarzo. I tylko wyobraźnia może podpowiedzieć
nam co miał na myśli ich twórca - tajemniczy książę
Orsini.
Tekst opublikowany w dzienniku "Rzeczpospolita"
Dodatek "Moje Podróże", nr 110, piątek 12.05.2000.
Szczegóły: patrz archiwum "Rzeczpospolitej"
|