|
Historyczne oszustwo
Warpechowskiego
Liw k.Węgrowa - Polska

Najnowsza
książka - każdego dnia ok. 8.40 do wygrania
w Radiu VOX FM
w sieci teraz najtaniej w
- za mniej niż 25 pln
Zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od
Warszawy, tuż nad brzegiem przepięknej rzeki Liwiec,
stoi ukryty za chłopskimi chałupami niewielki zamek.
Większość zmotoryzowanych turystów, jadących dalej
do Węgrowa, Drohiczyna lub Siemiatycz, nawet nie zdejmuje
nogi z gazu. Prawie nikt nie wie, że z zamkiem w Liwie
wiąże się jedna z najbardziej dramatycznych i niezwykłych
historii ostatniej wojny. Być może, to największe
historyczne polskie oszustwo XX wieku.
Warownię wzniesiono z inicjatywy księcia
mazowieckiego Janusza I Starszego. W założeniu miała
chronić przez najazdami Litwinów i Jaćwingów. Niestety
zamek od początku nie miał szczęścia. Pierwszy raz
spalił się już... w czasie budowy! W 1429 roku mistrz
Niclos (ten sam, który zbudował zamek w Ciechanowie)
przedstawił księciu rachunki za swoją pracę. Ten rok
uznaje się więc za oficjalną datę powstania budowli.
Warto dodać, że mury wznoszono na sztucznej wyspie
usypanej wśród rozlewisk i bagien w miejscu dawnej
przeprawy przez rzekę.
Od 1526 roku Mazowsze i Liw należało
do Korony. Zamek znacznie rozbudowano i unowocześniono.
Między innymi podwyższono wieżę i przystosowano ją
do obrony ogniowej. Okres największej świetności przypadł
na lata królowej Bony. Kłopoty zaczęły się wraz z
najazdem szwedzkim i wojną północną. W 1703 roku Szwedzi
zdobyli miasto. Zniszczyli zamek zaś zdobyte armaty
załadowali na wozy i próbowali wywieźć. Według relacji
świadków ciężaru nie wytrzymał pobliski drewniany
most. Dwanaście armat wpadło do wody i ugrzęzło w
mokradłach. Z tego powodu Liw do dziś przyciąga poszukiwaczy
skarbów. W latach osiemdziesiątych próby zlokalizowania
(korzystano nawet z pomocy różdżkarzy) i wydobycia
ładunku za pomocą koparek podejmowały lokalne władze.
Bezskutecznie.
Z zamkiem związana jest także inna,
dużo bardziej makabryczna historia. To losy Ludwiki
z Szujskich Kuczyńskiej, żony kasztelana litewskiego
Michała Kuczyńskiego. Choć imć kasztelan nie poślubił
kobiety, delikatnie mówiąc, zbyt pięknej (jej portret
można zobaczyć do dziś w muzeum) cały czas podejrzewał
żonę o zdradę. Gdy pewnego razu nie znalazł trzech
brylantowych pierścieni, które podarował Ludwice,
posądził ją o cudzołóstwo.
Rzekomo niewierną kobietę poddano ówczesnym
zwyczajem próbie. Zamknięta w zamkowej wieży miała
do rana przewiercić palcem cegłę. O świcie cegła była
nienaruszona. Choć Ludwika rozpaczliwie zaklinała
się, że jest niewinna w ruch poszedł katowski topór.
Wyrok wykonano na dziedzińcu. Kilka dni później dworzanie
zabawiali się strącając gniazda srok z drzew obok
zamku. Ku wielkiemu zaskoczeniu, zupełnie przypadkowo,
w jednym z nich znaleziono trzy pechowe brylantowe
pierścienie. Ludwikę pochowano z honorami, Michał
Kuczyński odebrał sobie życie skacząc z zamkowej wieży.
W XVIII i XIX wieku zamek powoli popadał
w ruinę. Obok wieży, urzędujący w Liwie starostowie
wybudowali barokowy dwór z mansardowym dachem. Na
lotniczym zdjęciu wykonanym po pierwszej wojnie światowej,
na zamkowym wzgórzu widać już tylko same kikuty starych
murów. W tym miejscu rozpoczyna się najbardziej niezwykła,
tragiczna historia ratunku zabytkowej budowli.
Tuż przed 1939 rokiem stanowisko opiekuna
zabytków powiatu węgrowskiego objął Otto Warpechowski.
Człowiek o niezwykłym życiorysie, trochę dziwak-samotnik,
na szczęście dla zamku - archeolog i historyk amator.
Otto urodził się w 1917 roku w dalekiej rumuńskiej
miejscowości Kałaszyn. Podobno jego przodkowie pochodzili
z Brzozowa koło Sokołowa Podlaskiego. Faktem jest,
że rodzice zostali po powstaniach zmuszeni do emigracji.
W 1924 roku Warpechowscy wrócili do Polski. Po skończeniu
stołecznego gimnazjum Otto zapisał się jako wolny
słuchacz na wydział archeologiczny Uniwersytetu Warszawskiego.
Stanowisko powiatowego opiekuna zabytków zawdzięczał
swojej olbrzymiej pasji ratowania pamiątek z przeszłości
i poparciu Stefana Starzynskiego, słynnego prezydenta
Warszawy.
Jednak ledwo Otto rozpoczął w Liwie
badania archeologiczne, wybuchła wojna. Niemiecki
starosta Ernst Gramss postanowił rozebrać ruiny a
cegły wykorzystać do budowy obozu zagłady w niedalekiej
Treblince. Nie wiadomo w jaki sposób Warpechowski
zdołał cudem przekonać starostę, że popełnia wielki
błąd! Na szczęście Gramss nie znał ani historii ani
architektury. Otto wmówił mu, że liwski zamek to...
jedyny tak wspaniały dowód na niemieckie korzenie
tych ziem! W ten sposób Gramss z niszczyciela zamku
cudownie przemienił się w jego obrońcę.
W 1942 roku ruszyły prace zmierzające
do odbudowania "najdalej wysuniętej na wchód krzyżackiej
warowni". Kierownikiem robót został... Otto Warpechowski!
Otto bał się dokonywać dalej idących zmian gdyż doskonale
znał prawdziwy rodowód budowli.
Przez dwa lata udało mu się zabezpieczyć
przed dalszą ruiną wszystkie zachowane mury i wieżę.
Zrekonstruowano dworek. Otto co pewien czas "odkrywał"
też dla niepoznaki "germańskie ślady". Ekspozycję
wykopalisk zlokalizowano w wieży. Miejscowa ludność
traktowała go jak dziwaka. Gorzej, że pojawiły się
posądzenia o kolaborację z okupantem co było już zwyczajnie
niebezpieczne. Najgorsze, że w lutym 1944 roku wielka
historyczna mistyfikacja wydała się! Przez kilka miesięcy
Warpechowski ukrywał się przed Gestapo. Latem 1944
Niemcy mieli już na głowie zupełnie inne problemy
niż ściganie "oszusta".
Po wyzwoleniu okolic Węgrowa Otto zgłosił
się ochotniczo do II Armii Wojska Polskiego. Z niemałym
trudem przekonywał, że jest i czuje się Polakiem.
Chciał walczyć z okupantem. Ale los spłatał mu ostatniego
tragicznego figla. 5 lutego 1945 roku, we wsi Paczuski,
dokładnie w rok po wykryciu "historycznego sabotażu",
Otto został przypadkowo zastrzelony przez pijanego
radzieckiego oficera. Miał wtedy zaledwie 28 lat.
Dziś na zamku mieści się interesujące
Muzeum-Zbrojownia. Na parterze dworku zobaczyć można
potężne portrety sarmackie. Szkoda tylko, że placówce
brakuje środków na pełną konserwację. Może dlatego
lepiej od liwskich oryginałów wyglądają... kopie portretów
prezentowane w salach ekskluzywnego pałacu-hotelu
w niedalekiej Sterdyni. Miejscowi gospodarze wspominają
też o Żółtej Damie przechadzającej się po murach.
To płacząca i nadal zapewniająca o swojej niewinności
kasztelanowa Ludwika Kuczyńska. Zawsze w swojej ulubionej
żółtej sukni. Tej samej jaką miała na sobie w chwili
wykonania wyroku.
UWAGA
Pierwsza ilustracja na tej stronie to reprodukcja
przedwojennej polskiej kartki pocztowej z mojej kolekcji.
1. "Zamek w Liwie", klisze B.Wierzbicki
i S-ka, wyd. ?, mal. Jan Olszewski, 1918-1939, kartka
z obiegu datowana ?
PS.
Otrzymałem na początku lipca 2006 list od kustosza
Muzeum Zbrojowni Liw, Pana Romana Postka z uzupełnieniami
moich informacji:
- Zamek w Liwie (wraz z Ziemią Liwską),
został wcielony do Korony Polskiej dopiero w 1537
r., o 10 lat później niż reszta Mazowsza. W tym czasie
Ziemia Liwska stanowiła "źródło utrzymania"
ostatniej z rodu Piastów mazowieckich - księżniczki
Anny - i została jej odebrana po ślubie w 1536 r.
ze Stanislawem Odrowążem.
- Warpechowski nie był pomawiany o kolaborację, wręcz
przeciwnie - współpracował z AK ukrywając w przyzmach
cegieł broń partyzancką. W czasie pobytu w Liwie,
dzięki znajomości niemieckiego, uratował podczas obławy
życie jednemu z mieszkańców Liwa (informacje uzyskane
od mieszkańców Liwa, świadków tych czasów).
- Nie musiał także udowadniać swojej
polskości, jako że pochodził z rodziny polskiej. Stopień
podoficera VIII pułku Moździezy II AWP świadczy o
tym, że nie był uważany za "element niepewny".
Tekst opublikowany w dzienniku "Rzeczpospolita"
Dodatek "Moje Podróże", nr 232, piątek 04.10.2002.
Szczegóły: patrz archiwum "Rzeczpospolitej"
|