|
"Gospoda morderców"
czyli Zamek Grodno i jego Brama Lwów
Zagórze Śląskie k.Wałbrzycha - Polska

Najnowsza książka - każdego
dnia ok. 8.40 do wygrania w Radiu VOX FM
w sieci teraz najtaniej w
- za mniej niż 25 pln
Aby ujrzeć słynne sgraffiti w największej
krasie, do zamku Grodno trzeba wspinać się po południu.
Szczególnie pięknie Brama Lwów wygląda w pomarańczowo-żółtych
promieniach zachodzącego Słońca. Najlepiej późną wiosną
lub wczesną jesienią. Bez żadnych wątpliwości jest
to jedyne takie miejsce w Polsce. Najciekawsze, że
na pieknych fotografiach najłatwiej znaleźć je w obcojęzycznych
przewodnikach po Europie Wschodniej. U nas o Bramie
Lwów przypomniano sobie dopiero niedawno.
Aby ujrzeć słynne sgraffiti w największej
krasie, do zamku Grodno trzeba wspinać się po południu.
Szczególnie pięknie Brama Lwów wygląda w pomarańczowo-żółtych
promieniach zachodzącego Słońca. Najlepiej późną wiosną
lub wczesną jesienią. Bez żadnych wątpliwości jest
to jedyne takie miejsce w Polsce. Najciekawsze, że
na pieknych fotografiach najłatwiej znaleźć je w obcojęzycznych
przewodnikach po Europie Wschodniej. U nas o Bramie
Lwów przypomniano sobie dopiero niedawno.
Zamek Grodno, zwany niegdyś również
Gospodą Morderców, ukryty jest na wysokim, zalesionym
wzniesieniu obok Zagórza Śląskiego i zalewu Bystrzycy.
Na szczyt można dostać się tylko piechotą. Wyprawa
z parkingu obok przystanku PKS zajmuje około pół godziny.
Być może właśnie tajemnicze położenie stało się źródłem
wielu niesamowitych historii opowiadanych przez przewodników.
Tworzeniu legend sprzyjają również pogmatwane losy
zamku.
Historycy twierdzą, że warownię na górze
Choina zaczął wznosić Bolko I, książe świdnicko-jaworski.
Legenda mówi, iż zrobił to już w IX wieku... angielski
rycerz. Z pewnością najstarsze zachowane mury pochodzą
z XIV wieku. Właśnie wtedy, ostatni świdnicki Piast
książe Bolko II Mały, znacznie rozbudował zamek. Później
zmieniał on właścicieli w oszałamiającym tempie. Należał
do Czechów, a potem do siejących grozę raubritterów
czyli rycerzy-rozbójników. Dzięki nim zyskał złą sławę
i nazwę Gospody Morderców.
W XVI wieku zamek kupił Maciej von Logau
(czyli z Łagowa, w dzisiejszym lubuskim), wśród wielu
następnych właścicieli był nawet hospodar mołdawski
Michał Waleczny. Wojna trzydziestoletnia przyniosła
okupację Szwedów. To czego nie zdołali zniszczyć lub
ukraść, spłonęło po uderzeniu pioruna w 1689 roku.
W efekcie zamek powoli popadał w ruinę. W 1774 roku
opuścił go ostatni mieszkaniec. Kilka lat później
osunęło się południowe i zachodnie skrzydło. Od tego
czasu jedynymi gośćmi Grodna byli śląscy arystokraci
fundujący sobie w resztkach warowni romantyczne pikniki.
Wystawioną na licytację ruinę kupili
okoliczni chłopi chcąc rozebrać resztki murów na budulec
do obór i opał. Dosłownie w ostatniej chwili, to co
pozostało, odkupił wrocławski pastor i profesor Johan
Busching. Zauroczony zamkiem i przepiękną okolicą,
w 1823 roku, rozpoczął mozolną odbudowę. Z pewnością
to właśnie on uratował bezcenny zabytek od zagłady.
Z drugiej strony pan profesor postanowił... udoskonalić
zamek i wprowadził pewne modyfikacje niezgodne z historycznym
kształtem budowli.
W 1904 roku odnowiono słynne sgraffita
i otwarto schronisko z gospodą. Stało się to w czasie
kiedy na zamku mieszkała rodzina ostatniej właścicielki
- baronowej Emili von Zedlitz und Neukirch. Wkrótce
utworzono też muzeum. Wszystko ponownie zdewastowano
i rozkradziono w 1945 roku.
Grodno aż roi się od legend i fantastycznych
przekazów. Tuż przy wejściu na górny zamek, w małym
loszku, straszy przykuty do murów szkielet. To księżniczka
Małgorzata. Ona zakochała się w młodym i przystojnym
lecz biednym rycerzu. Ojciec chciał wydać ją za bogatego
ale starego i brzydkiego szlachcica. Małgorzata pozornie
zgodziła się z wolą Ojca. Podczas spaceru z "narzeczonym"
niby przypadkiem potknęła się na krawędzi murów i
przepaści. Stary szlachcic skoczył na pomoc a wtedy
Małgorzata pchnęła go w dół. Wszystko widział Ojciec
z zamkowej wieży. Zakuta w kajdany księżniczka trafiła
do głodowego lochu i zmarła w męczarniach.
Straszący turystów szkielet jest prawdziwy
lecz... zmontowany z różnych kości przez zaprzyjaźnionych
antropologów! Twórcy szczątków swoje makabryczne dzieło
pieszczotliwie nazywają "naszą księżniczką". Kto wrzuca
pamiątkową monetę aby wrócić w ciekawe miejsce musi
wybrać pomiędzy lochem księżniczki i studnią.
Studnia ma ponad 10 metrów głębokości
i wykuta jest w litej skale. To efekt pracy tureckiego
jeńca. Za wykopanie studni obiecano mu wolność. Obiecano,
bo nikt nie wierzył w powodzenie przedsięwzięcia.
Pozornie proste zadanie, niesłuchanie skomplikowało
się po odsłonięciu warstwy ziemi i dotarciu do twardej
skały. Wykucie dostępu do wody zabrało turkowi 20
lat katorżniczej pracy! Danego słowa jednak dotrzymano
i jeniec wolność odzyskał.
W sieni zamku prezentowany jest stary
obraz dokumentujący niezwykłe ocalenie syna grafa
Jerzego von Ebena. Ta prawdziwa historia miała miejsce
w 1717 roku. Młody człowiek spadł z konia. Niechybnie
poleciałby w przepaść gdyby jego noga nie zaplątała
się w strzemię. Uzdę konia zatrzymał zaś wierny pies!
Od wielu lat zamkiem opiekuje się wałbrzyski
oddział PTTK. Po renowacji z lat siedemdziesiątych
przez pewien czas było tu schronisko. Kilka lat temu
zamek miał być wystawiony na sprzedaż. Kupnem interesował
się austriacki biznesmen Florian Lauda, brat słynnego
Niki Laudy, kierowcy rajdowego Formuły I. Odezwał
się też Caspar Reiherr von Zedlitz - potomek ostatnich
właścicieli - informując o swoich prawach do ruiny.
Na razie oddział PTTK pozostał.
W doskonałym stanie jest też jedyny
w Polsce budynek pokryty w całości słynnym sgraffiti.
Gospodarze zamku pokazują również 500-letnią sądową
lipę, pod którą skazywano na chłostę lub wtrącenie
do lochu, oraz armatę z czasów Napoleona III. Właściciel
zamku otrzymał ją za wzorową służbę dla Prusaków.
Uważny obserwator bez trudu odnajdzie przywiezioną
przed wojną, kamienną płytę z grobu prof. Buschinga.
Turyści fotoamatorzy cenią sobie wystawione na zewnątrz
i gotowe do użytku dyby, w które można zakuć kogoś
znajomego.
Tropiciele tajemnic okolicznych hitlerowskich
sztolni Rzeczki i Osówki wspominają też o śladzie
wskazującym na ukryte w zamkowych podziemiach skarby.
Jeden ze świadków rzekomo cudem ocalał i gotów jest
do złożenia zeznań. Chce jednak udziału w zyskach,
a tego nikt nie potrafi zagwarantować. - Żadnych lochów
tu nie ma - śmieją się pracownicy PTTK. - Mamy za
to prawdziwą żywą Białą Damę. Chcieli jej turyści,
to jest! - dodają, a widząc zdziwione miny, wskazują
na spacerującą pod murami... białą jak śnieg "służbową"
zamkową kozę.
UWAGA
Dwie ilustracje na tej stronie to reprodukcje starych
niemieckich kartek pocztowych. Obie pochodzą z mojej
kolekcji.
1. "Kynsburg im Schlesiertal", wyd. ?, 1918-1939,
kartka z obiegu datowana 8.06.1927.
2. "Kynsburg im Schlesiertal", wyd.Geyer
& Co, Breslau, Inh. Ottomar Altner, kartka czysta
bez obiegu.
Tekst opublikowany w dzienniku "Rzeczpospolita"
Dodatek "Moje Podróże", nr 98, piątek 26.04.2002.
Szczegóły: patrz archiwum "Rzeczpospolitej"
|