|
Święte miejsce Litwinów
w Polsce
Pszczelnik k.Myśliborza - Polska

Najnowsza
książka - każdego dnia ok. 8.40 do wygrania
w Radiu VOX FM
w sieci teraz najtaniej w
- za mniej niż 25 pln
Aby trafić w to niezwykłe miejsce trzeba
zadać sobie trochę trudu. Z głównej asfaltowej szosy
łączącej Myślibórz z Kostrzynem, tuż koło wsi Pszczelnik,
musimy nagle skręcić w zwykłą gruntową leśną drogę.
Po kilku kilometrach piaszczystego i pełnego korzeni
duktu dojedziemy do dziwnej okrągłej polany z nietypowym
granitowym pomnikiem. Dla nas jest to zapominane miejsce
gdzieś na zachodnim końcu Polski. Dla Litwinów to
narodowa świętość i do dziś nierozwiązana zagadka.
Niedługo po tragicznej katastrofie,
jeszcze przed II wojną światową, Litwini zdecydowali
się wykupić miejsce wypadku na 99 lat! Skrupulatnie
razem z Niemcami odmierzyli 314 metrów kwadratowych
lasu. Potem, na koło o średnicy 10 metrów, specjalnym
transportem przywieźli spod Wilna 45 ton najdroższego
granitu. By wybudować pomnik potrzebowali jeszcze
9 ton cementu, 60 wozów żwiru, ponad tonę ołowiu i
pół tony żelaza. W miejscu upadku korpusu samolotu
postawili potężny podwójny litewski krzyż strzelców.
Tuż obok, tam gdzie doczołgał się śmiertelnie ranny
Stepas Darius ulokowali kapliczkę. Gotowy pomnik odsłonięto
dokładnie trzy lata po katastrofie - 17 lipca 1936
roku. Wiadomo, że na uroczystości w lesie było wtedy
bardzo dużo ludzi. Delegacja z Litwy, przedstawiciele
niemieckich władz oraz oczywiście lotnicy. Potem przez
kilka kolejnych lat w miejscu tragedii zawsze leżały
świeże kwiaty. Ale styczniu 1945 ostatni opiekunowie
pomnika uciekli w obawie przed nadciągającą Armią
Czerwoną. A ci, którzy zasiedlili te ziemie, nawet
nie wiedzieli jaką tajemnicę skrywa myśliborski las.
O nekropoliii koło Pszczelnika na długi czas zapomniano...
Skąd dwóch litewski lotników znalazło
się w tym miejscu? Stepas Darius i Stasyas Girenas
jako młodzi ludzie wyemigrowali w poszukiwaniu pracy
z Litwy do Stanów Zjednoczonych. Wybitnie inteligentny
Darius miał trochę więcej szczęścia. Skończył w Ameryce
studia, potem zaciągnął się do wojska. W czasie I
wojny światowej trafił z armią do Francji, skąd po
1918 roku pojechał na Litwę by w wolnym i niepodległym
kraju budować lotnictwo. W randze kapitana lotnictwa
wojskowego, w 1927 ponownie wyjechał do USA, gdzie
zaczął pracę w lotnictwie cywilnym. Girenas po przybyciu
do Stanów Zjednoczonych pracował najpierw jako...
drukarz i kierowca taksówki! Potem trafił do armii
jako mechanik. W 1919 zapisał się na kurs pilotażu.
Interesy szły dobrze i pięć lat później, Girenas razem
ze Szwedem Larsenem prowadził już własną szkołę dla
lotników. Do pracy przy samolotach nie zniechęcił
go nawet poważny wypadek jakiemu uległ w 1925 roku.
Darius i Girenas poznali się pod koniec
lat dwudziestych. W 1932 roku wspólnie podjęli decyzję
o próbie bicia rekordu, który rozsławiłby imię mało
znanej Litwy na całym świecie. Ponieważ w tamtych
czasach cały świat pasjonował się lotnictwem, dwaj
piloci postanowili podjąć się bardzo ryzykownego przedsięwzięcia
jakim był przelot bez lądowania na trasie Nowy Jork
- Kowno. W razie powodzenia, lot na dystansie 7100km
byłby drugim pod względem długości w historii lotniczych
rekordów. Plany dwóch śmiałków wzbudziły wielkie zainteresowanie
i równie duże emocje. Wśród litewskich emigrantów
przeprowadzono społeczną zbiórkę pieniędzy na zakup
samolotu. O lotnikach pisały wszystkie gazety. Darius
i Girenas zdecydowali się na zakup samolotu Belanca
CH3000 Pacemaker.
Sześciomiejscowa maszyna zastała przed
startem poważnie przerobiona. Zamiast foteli wstawiono
dodatkowe zbiorniki paliwa. Według niektórych kronikarzy,
by zyskać na miejscu zrezygnowano nawet z tak potrzebnej
radiostacji. Według innych na przyrządy nawigacyjne
po prostu zabrakło pieniędzy! Samolot nazwano Lituanica.
Zgodnie z planem, Darius i Girenas wystartowali
z lotniska Beneta w Nowym Jorku 15 lipca 1933 roku,
rano o godzinie 6.24. Zaledwie 60 minut wcześniej
do innego rekordowego lotu wyruszył z tego samego
miejsca supernowoczesną maszyną Amerykanin Willi Post.
Tymczasem start Litwinów był bardzo trudny. Wyjątkowo
przeciążony samolot do ostatniego metra toczył się
po pasie. Eksperci uznali to później za jeden z najbardziej
ryzykownych startów w historii lotnictwa... Pozbawieni
radia Darius i Girenas zmuszeni byli do zrzucania
pisemnych meldunków. Pierwszy worek z relacjami wyrzucili
nad Nową Funlandią, drugi wiele godzin później już
nad Szkocją! Potem ze względu na silną burzę zrezygnowali
z przelotu nad Londynem. Litwini nie wiedzieli, że
w tym samym czasie fatalna pogoda zmusiła do lądowania
w Berlinie ich konkurenta, Amerykanina Willego Posta.
Nieświadomi niebezpieczeństwa po prostu lecieli dalej.
16 lipca około 23.00 ich samolot widziano
w okolicach Stargardu Szczecińskiego. Ale burza była
już tak silna, że Lituanica zaczęła zawracać. Niemieckie
meldunki zarejestrowały jeszcze przelot maszyny nad
Barlinkiem. 17 lipca 1933 roku, około 0.36 samolot
z Litwinami rozbił się w lesie koło Pszczelnika. Szczątki
aparatu i zwłoki pilotów znalazła nad ranem przypadkowa
dziewczyna zbierająca jagody.
W Kownie 25 tysięcy ludzi czekało na
lotnisku na triumfalny przylot Dariusa i Girenasa.
Gdy w końcu ogłoszono informację o tragedii pod Myśliborzem
w mieście zapanowała żałoba. Wiele osób niedowierzało,
że dwóch tak znakomitych pilotów mogło zwyczajnie
zginąć w wypadku. Przelecieli 6411km. Wśród hipotez
najczęściej powtarzana była ta, która mówiła o omyłkowym
zestrzeleniu maszyny przez niemiecką obronę przeciwlotniczą.
Prasa pisała o kulach znalezionych w ciałach i dziwnych
dziurach w skrzydłach. Podkreślano, że Niemcy dopuścili
Litewskich ekspertów na miejsce katastrofy dopiero
po uprzątnięciu niektórych rzeczy. Czyżby coś starano
się ukryć?! Co ciekawe, wszystkich szczegółów wypadku
nie ustalono do dziś...
Mauzoleum w Pszczelniku... Pomnik poświęcony
pamięci Stapasa Dariusa i Stasyasa Girenasa odsłonięto
koło Pszczelnika 17 lipca 1936 roku. Przez kilka lat
opiekowali się nim Litewscy dyplomaci z Berlina. Zapomniany,
został zdewastowany po wojnie. Ponownie odrestaurowano
go 50 lat po tragedii, w 1983 roku. Niedługo później
w okolice przywieziono z Muzeum Budownictwa Ludowego
w Rumszyszkach charakterystyczną chatę żmudzką. Dziś
jest tu skromna wystawa poświęcona lotnikom. Niedaleko
umieszczono granitowy obelisk z opisem katastrofy
w czterech językach. Historia Dariusa i Girenasa jest
do dziś bardzo żywa na Litwie. W 1983 roku nakręcono
o nich film. Prawie w każdym mieście mają swoją ulice
lub plac. Ich podobizna zdobi banknot 10-litowy.
W okolicy warto zobaczyć:
Chojna - Piękne miasto z charakterystyczna
i widoczną z daleka najwyższą na Pomorzu wieżą zrujnowanego
kościoła NMP (102,63m). Sam kościół to jedna z najwspanialszych
i największych świątyń w Polsce. Okrutnie zniszczona
podczas ostatniej wojny od kilkunastu lat jest powoli
remontowana i przywracana do dawnej świetności. W
Chojnie warto zajrzeć też do XIV wiecznego ratusza
(polecam obiad w restauracji na dole) oraz obejrzeć
niezwykłą Bramę Świecką.
Trzcińsko Zdrój - Dawny kurort oferujący
na przełomie XIX i XX wieku okłady z borowiny. Dziś
jedno z bardzo niewielu miast na Pomorzu Zachodnim
z nienaruszoną przedwojenną zabudową. Miasteczko zachowało
niezwykły średniowieczny układ z murami obronnymi
i bramami Chojeńską oraz Myśliborską. Szczególnie
godny polecenia jest gotycki ratusz z XIV wieku. Obok
Jezioro Trzygławskie i początek pięknego szlaku wodnego
rzeki Tywy.
Tekst opublikowany w dzienniku "Super
Express"
Cykl "Polska według Romana Czejarka", sobota
3.03.2007.
Szczegóły: patrz archiwum "Super Expressu"
|